Miłosierdzie czy ofiara

  Posted on   by   1 comment

Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Idźcie i starajcie się zrozumieć, co znaczy: Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary. Bo nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników. (Mt 9, 12-13)

 

Jakie jest moje życie wobec otaczającego świata? Świata, w którym są nasi bracia i siostry – Boże dzieci. Tak, tymi Bożymi dziećmi są też ci, którzy pogubili się w swoim życiu, otworzyli bramy dla grzechu i dziś potrzebują pomocy. Czytając Biblię, szukam odpowiedzi na pytanie, jak mam rozmawiać z napotkaną osobą potrzebującą pomocy. Szukam metody, sposobu działania, odpowiednich słów i dochodzę do wniosku, że jest tylko jedna droga – ta, którą pokazuje mi w swoim postępowaniu Jezus.

 

A oto zbliżył się trędowaty, upadł przed Nim i prosił Go: Panie, jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić. [Jezus] wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł: Chcę, bądź oczyszczony! I natychmiast został oczyszczony z trądu. (Mt 8, 1-3)

 

Czy Jezus zapytał trędowatego, jakie są jego grzechy albo co uczynił potwornego w życiu? Czy przesłuchał go jak prokurator, pytając o jego przewinienia czy zbrodnie? NIE. Nie zapytał – tylko go uzdrowił. Nie kazał mu pokutować i cierpieć, nie rozliczał go, nie oceniał jego postępowania. Okazał mu miłość i miłosierdzie. Jezus dobitnie pokazuje nam, że bardziej niż ofiar pragnie, abyśmy szli do bliźniego ze Słowem Bożym i miłosierdziem.

 

Co mi po mnóstwie waszych ofiar? – mówi Pan.

Syt jestem całopalenia kozłów

i łoju tłustych cielców.

Krew wołów i baranów,

i kozłów mi obrzydła.

Gdy przychodzicie, by stanąć przede Mną,

kto tego żądał od was,

żebyście wydeptywali me dziedzińce? (Iz 1, 11-12)

 

Gdy idę do kościoła na niedzielną mszę, do spowiedzi, do Komunii – modlę się, klękam. Czy jednak chodząc ulicami przez cały poprzedzający tydzień, pomogłem, gdy widziałem zniewolonego nałogami, leżącego pijanego, pobitego, płaczącego, bezdomnego, kalekę, chorego, biednego, tych, których pokazywał mi Bóg? Nawet nie zatrzymałem się koło osoby potrzebującej i nie pocieszyłem jej, nie powiedziałem o Jezusie, który ją kocha i pragnie jej pomóc; że to w Nim znajdzie ukojenie w problemach, że Jezus za wszystkie grzechy oraz choroby umarł na krzyżu i wykupił nas z rąk szatana. Czy powiedziałem, że mamy nasze winy odpuszczone za darmo z łaski i jeżeli wierzymy w zmartwychwstanie Jezusa to otrzymujemy odpuszczenie grzechów? Czy może jednak mijałem potrzebujących i szedłem do kościoła, redukując moją pomoc tylko do modlitwy za nich? Wtedy gdy kolejny raz idę obok tej osoby i widzę ją dalej cierpiącą, wyrażam swoje pretensje do Boga: no jak to, dlaczego, Boże, nie pomogłeś, przecież się modliłem? Czy modlitwa to wszystko na co nas stać? Czy tylko pomodlimy się za potrzebującego i będziemy czekać aż Bóg za nas wszystko zrobi? Czy chcemy wszystko zwalać na działanie Boga? A może później powiemy jeszcze: Bóg nie pomógł! – Nic bardziej mylnego i niesprawiedliwego wobec Bożego miłosierdzia!

 

Przestańcie składania czczych ofiar!

Obrzydłe Mi jest wznoszenie dymu;

święta nowiu, szabaty, zwoływanie

świętych zebrań…

Nie mogę ścierpieć świąt i uroczystości.

Nienawidzę całą duszą

waszych świąt nowiu i obchodów;

stały Mi się ciężarem;

sprzykrzyło Mi się je znosić!

Gdy wyciągniecie ręce,

odwrócę od was Me oczy.

Choćbyście nawet mnożyli modlitwy,

Ja nie wysłucham. (Iz 1, 13-15)

 

Zaprawiajcie się w dobrem!

Troszczcie się o sprawiedliwość,

wspomagajcie uciśnionego,

oddajcie słuszność sierocie,

w obronie wdowy stawajcie! (Iz 1, 17)

 

Umartwianie się, bierność w działaniu, powierzchowne słowa współczucia, nienawiść do tego świata, łzy – czy to pomoże potrzebującemu? Niestety nie. On nie potrzebuje ofiary, ale miłosierdzia i miłości, innymi słowy: działania i pomocy. Zadaj sobie to pytanie i szczerze odpowiedz.

 

Idę do pracy, a tam mój przełożony jest wobec mnie pełen nienawiści. Idę ulicą, a ktoś obrzuca mnie wyzwiskami. Jadę samochodem, a ktoś za mój błąd pokazuje mi środkowy palec lub używa siły fizycznej. Co wtedy robię? Dziś wiem, że to też bliźni, dziecko Boże i błogosławię go, przebaczam, życzę mu radości, pokoju, zdrowia i miłości. Robię tak, bo tak zrobiłby mój mistrz Jezus. Bo taka właśnie jest miłość – serce pełne miłosierdzia. Patrzę na Jezusa, jak chodził po ziemi i jak postępował wobec bliźnich. Jezus to jedno wielkie przebaczenie, wielka miłość i miłosierdzie. To Jezus uczy mnie, jak postępować, aby żyć w zdrowiu, radości, pokoju i miłości. To Słowo Boże pokazuje, jak wspaniale możemy żyć z Bogiem, kiedy Mu zaufamy.

 

Chodząc pośród moich bliźnich, zadaję sobie pytanie: czego oni potrzebują na pustkowiu tego świata – codziennego chleba Słowa Bożego i miłości, czy słów, że mają cierpieć za grzechy i że Bóg zsyła na nas kary? Bóg to nie sadysta! Wierzę za świętym Pawłem w to, że moje słowo ma pokrzepiać, pocieszać i budować (1 Kor 14, 3), a nie wytykać grzech, krytykować i oceniać.

Wychodzę ze strefy mojego bezpieczeństwa, dłużej tak być nie może! Zdejmuję zasłonę z moich oczu, chcę widzieć i wspomagać uciśnionego i zagubionego! Przecież w zeszłym roku – 25 września 2015 – umarłem i zmartwychwstałem razem z Jezusem Chrystusem, a Bóg dał mi nowe życie!

 

A Bóg, będąc bogaty w miłosierdzie, przez wielką swą miłość, jaką nas umiłował, i to nas, umarłych na skutek występków, razem z Chrystusem przywrócił do życia. Łaską bowiem jesteście zbawieni. (Ef 2, 4-5)

 

Czyż nie wiadomo wam, że my wszyscy, którzyśmy otrzymali chrzest zanurzający w Chrystusa Jezusa, zostaliśmy zanurzeni w Jego śmierć? Zatem przez chrzest zanurzający nas w śmierć zostaliśmy razem z Nim pogrzebani po to, abyśmy i my wkroczyli w nowe życie – jak Chrystus powstał z martwych dzięki chwale Ojca. (Rz 6, 3-4)

 

Już dziś wiem, dlaczego idąc ulicami, mam coraz mniej hamulców, aby podchodzić do potrzebujących pomocy. To Bóg wlał w moje serce miłość, a zamiast serca kamiennego dał mi serce pełne miłości i miłosierdzia. Wiem, że Bóg ma jeszcze wiele do przepracowania we mnie, małym i grzesznym człowieku, ale to akurat nie może być hamulcem do działania w Imię Jezusa. Spójrzcie na samych siebie: tylu z nas otrzymało chrzest zanurzający w Chrystusa Jezusa! Mamy dzieło do realizacji, a to dzieło nazywa się „budowa Kościoła żywego” – którym my sami jesteśmy, bo w nas żyje Jezus!

 

Sama gadanina o odnowie Kościoła nic nie zmieni – musimy zauważyć, że to my go stanowimy, my go tworzymy. Rozmawiając z członkami swojej wspólnoty, w każdym słowie czuję miłość, dobroć, wyrozumiałość, cierpliwość, grzeczność, zrozumienie, radość, ciepło bijące na odległość i wiele innych owoców ich wiary. Wyjdźmy ze strefy komfortu, w której siedzimy! Duch Święty dał nam swoje dary i nie możemy ich zamrozić: mamy wyjść do bliźniego i budować żywy Kościół! To my mamy odpowiedzieć na krytykę wobec Kościoła, to my mamy pokazywać swoim życiem, że Jezus żyje w nas i my, nasze życie i działalność są Jego świadectwem. Wtedy nikt nie powie, że Kościół potrzebuje odnowy. Wracajmy do korzeni Kościoła pierwotnego, bo tamten Kościół był w sercach apostołów i uczniów Jezusa, a przez cuda i Słowo Boże rozwinął się w zawrotnym tempie. To uczniowie nieśli Słowo, miłość i miłosierdzie – po prostu pomoc bliźnim.

 

Wstawajmy z wygodnych kanap, wychodźmy z wygodnej strefy, budujmy Kościół, przecież mamy dary Ducha Świętego!

 

Autor: Jacek Świderek


 

Kategorie: Felietony

1 comment

  1. Marcin Zielinski says:

    Alleluja! Super słowo, dzieki Jacek !:)

Komentarze

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *